Obrzydliwy Review

Zrozumiałem, że to nie dom jest . To ja stałem się częścią tego plugastwa. Zapadłem się w miękką, czarną podłogę, stając się jednym z milionów chrobotników w ciemności.

(zgnilizna jako metafora ludzkich czynów) Daj znać, który kierunek najbardziej Cię interesuje!

Próbowałem uciec, ale drzwi się nie otwierały. Klamka była zimna i śliska. Kiedy spojrzałem w lustro w przedpokoju, nie zobaczyłem swojej twarzy. Zobaczyłem istotę z czarnymi oczami, z których wypływała ta sama gęsta ciecz, co z sufitu. OBRZYDLIWY

Kiedy zbliżyłem światło latarki, zrozumiałem, że to nie welur. To były tysiące, miliony małych, splecionych ze sobą stworzeń. Wyglądały jak żywa, pulsująca tkanka, konglomerat nóżek, czułków i czegoś, co przypominało usta.

Obrzydliwość tego miejsca nie polegała tylko na zgniliźnie. Polegała na tym, że to miejsce żyło. Żyło cudzym cierpieniem, gnijącymi wspomnieniami poprzednich lokatorów. Ściany w dotyku były wilgotne, jak skóra chorego człowieka. Tapety odklejały się, odsłaniając czarne, pękające tynki, które przypominały tatuaż na ciele tego domu. Zrozumiałem, że to nie dom jest

(więcej o smrodzie, fakturze i dźwiękach)

Początkowo ignorowałem dziwne odgłosy. Chrobotanie. Szuranie. Myślałem, że to myszy, może szczury. Ale chrobotanie stało się rytmicznym stukaniem, jakby ktoś mały, z długimi pazurami, próbował przebić się przez dębowe deski. Obrzydzenie przyszło pewnej deszczowej nocy. (zgnilizna jako metafora ludzkich czynów) Daj znać, który

Wtedy usłyszałem szept. Nie z wnętrza podłogi, ale zza moich pleców.— Wreszcie jesteś, domowniku.